Zamknij

Korzystamy z plików cookies i umożliwiamy zamieszczanie ich osobom trzecim. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies

Przejdź do głownej zawartości

Walka o obraz, walka o dziedzictwo

Na początku XX w. Zygmunt Batowski napisał na łamach "Lamusa": Arcydzieła sztuki, jak wszelkie objawy geniuszu ludzkiego, nie mogą być tajną własnością jednostki; z czasem mimo wszystko przechodzą na własność zbiorową. Jest to już nieuchronnym losem zbieracza, że gdy zbiory jego dojdą do pewnej wyżyny, społeczeństwo zaczyna niepostrzeżenie przystępować do nich w roli idealnego współwłaściciela (...). Więc też o znakomitych zbiorach prywatnych mówi społeczeństwo jako o własności kraju, chlubi się niemi i troszczy się o ich losy (...) stara się za pośrednictwem oficjalnem zabezpieczyć całość ich przeciwko ubytkowi (...)

Ta wypowiedź sprowokowana została sprzedażą w 1910 r. do kolekcji Fricka w Nowym Jorku obrazu Rembrandta, znanego pod tytułem Lisowczyk przez Zdzisława Tarnowskiego z Dzikowa. Wówczas w Polsce, w określonej sytuacji politycznej, nawet biorąc pod uwagę korzystną sytuację panującą w zaborze austriackim, zakup do polskich zbiorów publicznych tego arcydzieła nie mógł być rozważany z powodów oczywistych. Samą transakcję Tarnowski przeprowadził zapewne w tajemnicy, a nawet jeśli nie, to i tak zgromadzenie ogromnej, jak można się domyślać, sumy od osób prywatnych wymagałby podjęcia ogromnych starań, a takich nie podjęto. Należy jednak przypuszczać, że i zainteresowanie dziełem Rembrandta w społeczeństwie polskim było umiarkowane, a emocje wzbudzało jedynie wśród jego części, świadomej wartości artystycznej i historycznej tego dzieła, wcześniej należącego przecież do kolekcji króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.

Pamiętając o tej naszej stracie, której dziś już w żaden sposób nie uda się powetować, z tym większym zainteresowaniem należy przyjrzeć się wydarzeniom w Wielkiej Brytanii. Wydaje się, że nigdy do tej pory nie rozpętano takiej ofensywy, aby ocalić dla - jak to określono - "brytyjskiego dziedzictwa narodowego" jednego dzieła sztuki i za wszelką (niemal dosłownie) cenę.

Przedmiotem tego poruszenia jest niewielki obraz namalowany na desce o wymiarach zaledwie 29 x 23 cm. przez jednego z największych mistrzów wszechczasów - Rafaela Santi (1483-1520). Uważa się, że obraz powstał we Florencji pomiędzy 1507 a 1508 rokiem, krótko przed opuszczeniem przez Rafaela Florencji i wyjazdem do Rzymu. Uchodzi więc za wczesną pracę mistrza, zainspirowaną dziełem Leonarda da Vinci z ostatniej ćwierci XV w., znanym jako Madonna del Fiore lub Madonna Benois.

Obraz Rafaela przedstawia uśmiechniętą siedzącą Madonnę bawiącą się z Dzieciątkiem na kolanach, któremu podaje dwa różowe goździki (stąd tytuł obrazu: Madonna of the Pinks - Madonna z goździkami). W tej kompozycji nie ma nic ze sztywności charakterystycznej dla tego typu wcześniejszych przedstawień. To nie jest oficjalny wizerunek Marii i Dzieciątka, ale intymna scena pełna emocji i miłości, przeznaczona zapewne do indywidualnej kontemplacji w zaciszu domowym.
Obecnie obraz należy do Duka Northumberland, w którego rodzinie znajdował się przez ponad 100 lat i choć nabyty został w XIX w. z kolekcji Camuccini w Rzymie jako dzieło Rafaela Santi, wkrótce zaczął uchodzić jedynie za kopię zaginionej pracy wielkiego mistrza. Przez wiele lat nikt nie zwracał na obraz większej uwagi. Mocno zabrudzony wisiał w ciemnym korytarzu rodzinnego zamku Alnwick w Northumberland. Nic dziwnego, że w roku 1988 wyceniano go na zaledwie 8.000 funtów.
Dopiero w 1991 r. Nicolas Penny, kurator działu malarstwa epoki renesansu Galerii Narodowej w Londynie w czasie wizyty w zamku Alnwick zwrócił na obraz uwagę. To niewielkie dzieło zainteresowało go do tego stopnia, że poprosił księcia o wypożyczenie dla dalszych studiów. Po przeprowadzonych badaniach i licznych konsultacjach ustalił, że jest to bez wątpienia dzieło samego Rafaela. Zaraz potem obraz - jako depozyt księcia - pozostał w Galerii. Wyeksponowano go obok innych prac Rafaela - wizerunków Madonn z tego samego okresu.

Ponad rok temu, ku przerażeniu dyrekcji Galerii Narodowej właściciel zdecydował się na sprzedaż dzieła do Getty Museum w Los Angeles za pośrednictwem domu aukcyjnego Sothebys. Jego decyzja była podyktowana koniecznością przeprowadzenia kosztownych, ale niezbędnych - jak twierdził - remontów rodzinnej posiadłości i konserwacji znajdujących się w zamku dzieł sztuki. Dyrektor Galerii Charles Saumarez- Smith podjął wszelkie możliwe środki, aby obraz choćby na pewien czas zatrzymać, a w tym czasie zgromadzić odpowiednie środki na wykup dzieła. Szczęśliwie prawo brytyjskie przewiduje możliwość wstrzymania (przez Ministerstwo Kultury Mediów i Sportu) na okres pół roku wydania licencji pozwalającej na wywóz poza granice Wielkiej Brytanii dzieł sztuki i innych dóbr kultury o szczególnym znaczeniu. Jednak chcąc dzieło zatrzymać na stałe do swych zbiorów, Galeria musiałaby zebrać niebagatelną sumę 34,9 miliona funtów, więc ponad 50 milionów dolarów. Tyle gotowe jest wyłożyć na obraz Rafaela amerykańskie muzeum.

Na zebranie tak ogromnej kwoty w obecnie sytuacji światowej, a przede wszystkim politycznym i finansowym zaangażowaniu się Wielkiej Brytanii w innej części naszego globu, półroczny okres nie okazał się okresem zbyt długim. Równocześnie rozpoczęła się debata nad zasadnością pozostawienia dzieła na wyspach. Obie zainteresowane strony - amerykańska i brytyjska przedstawiały swoje racje. Deborah Gribbon dyrektor Getty Museum przekonywała opinię publiczną, że tylko w tej kolekcji obraz znajdzie swoje właściwe miejsce, tym bardziej, że muzeum to nie ma w swych zbiorach ani jednej pracy Rafaela, w przeciwieństwie do Galerii Narodowej, gdzie jest ich kilka. Na to szybko odpowiedział dyrektor londyńskiej kolekcji: tego typu prace należy podziwiać wraz z innymi i jedynie w Galerii Narodowej istnieje unikalna możliwość prześledzenia całej twórczości Rafaela.
Dopiero w połowie tego roku po rozpaczliwych poszukiwaniach funduszy, którym towarzyszyła zakrojona na szeroką skalę kampania mająca przekonać opinię społeczną do konieczności "ocalenia" obrazu dla Wielkiej Brytanii (połączona np. z obietnicą zorganizowania w wielu miastach Wielkiej Brytanii, gdyby Madonnę z goździkami udało się kupić, rodzaju wystawy objazdowej), Loteria Narodowa zdecydowała się przeznaczyć na ten cel 11,5 miliona funtów (ok. 18,5 miliona dolarów). To największa suma pozyskana z jednego źródła na zakup dla muzeum dzieła sztuki, a jej zdobycie było w dużej mierze zasługą i ogromnym sukcesem dyrektora Galerii Narodowej. Reszta wymaganej sumy pochodzić miała z innych źródeł, w tym "skarbonki" wystawionej w Galerii oraz funduszu Gettego (9,5 miliona funtów). Dyrektor Galerii ma nadzieję, że zgromadzona do tej pory suma tj. 21 milionów funtów w pełni wystarczy na zakup dzieła. Bowiem żądana kwota blisko 35 milionów funtów powinna zostać pomniejszona o podatek, jaki książę będzie zmuszony zapłacić brytyjskiemu fiskusowi w wypadku sprzedaży obrazu do Stanów. A jest ona niebagatelna - ok. 14 milionów funtów. Decyzje muszą zostać podjęte do 27 sierpnia tego roku. Wtedy upływa termin wstrzymania licencji.

Jak wspomniano, akcji zbierania funduszy towarzyszyła gorąca dyskusja narodowa nad zasadnością kupna tego obrazu i innych dzieł do zbiorów publicznych. Jedni doradzali nabywanie do zbiorów angielskich prac artystów słabo w Anglii prezentowanych np. niemieckich ekspresjonistów, inni przyznawali, że nie ma znaczenia w jakich zbiorach obraz się znajdzie, bo i tak pieniądze z jego sprzedaży spożytkowane zostaną na brytyjskie dziedzictwo narodowe, jakim bez wątpienia jest zamek Alnwick.

Bez względu na wynik, ta "walka" bez wątpienia przejdzie do historii jako wyraz najdalej idącej chęci posiadania wybitnego dzieła sztuki. Nie jest to problem nowy. Istniał zawsze, odkąd pojawiły się tego typu obiekty. Wywołała jednocześnie dyskusję nad definicją dziedzictwa narodowego, a więc kiedy dzieło sztuki, obiekt wybitny, ale nie wytworzony na danym terenie, można traktować jako własne dziedzictwo kulturowe. Czy determinuje to czas, osoba właściciela, związek z historią czy jedynie wartość artystyczna. To tematyka frapująca i zasługująca na osobną dyskusję, na którą brak tu niestety miejsca. Jedno jest pewne: zapotrzebowanie na wyjątkowe dzieła sztuki będzie zawsze, bowiem tych wyjątkowych, a jeszcze dostępnych na rynku jest coraz mniej. Stąd i cena jest bardziej wyrazem finansowych możliwości kupującego, niż tzw. wartości realnej dzieła.

Pozostawiając walkę o Madonnę z goździkami Brytyjczykom, warto przy tej okazji wspomnieć o dwóch wybitnych obrazach, chyba najcenniejszych, jakie mieliśmy w polskich kolekcjach, z których jeden straciliśmy bezpowrotnie, tj. Lisowczyku Rembrandta, drugiego - wspaniałego Portretu młodzieńca pędzla Rafaela, wywiezionego przez Niemców w czasie wojny, wciąż poszukujemy (por. Cenne, bezcenne, nr 2/1997).

W przypadku tego pierwszego nasuwają się pewne analogie z obrazem, o który toczy się zacięta walka w Londynie: z Polską Lisowczyk związany był od 1791 roku do momentu sprzedaży, więc nieco ponad sto lat (Madonna z goździkami jest w angielskim posiadaniu od zaledwie 140 lat); podobnie propozycja kupna wypłynęła ze Stanów Zjednoczonych. Jego sprzedaż Artur Tarnowski tłumaczył po latach koniecznością wykupienia z "rąk niemieckich" części puszczy graniczącej z Dzikowem. Pisał: (...) ziemia w rękach polskich była problemem znacznie ważniejszym, niż posiadanie nawet najcenniejszego płótna Rembrandta. To był punkt widzenia narodowy, nie wszystkich może, ale bardzo wielu Polaków. Dziś ten argument jednak nie przekonuje.

Prorocze więc stały się słowa Batowskiego. Utrata obrazu Lisowczyka to uszczerbek dla kultury polskiej nie dający się "na nowo wypełnić". Tego, niestety, możemy być pewni. Ani polskiego muzeum, ani osoby prywatnej w Polsce nie stać i nie będzie stać na kupno dzieła Rembrandta. Tym bardziej Rafaela. Warto więc trzymać kciuki, aby starania Narodowej Galerii się powiodły. Jej bezprecedensowa walka w pełni na to zasługuje.

Wersja do druku