Zamknij

Korzystamy z plików cookies i umożliwiamy zamieszczanie ich osobom trzecim. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies

Przejdź do głownej zawartości

Kradzieże dóbr kultury. Komu portal, komu kolumnę, komu rzeźbę, komu gazon...

Przyzwyczailiśmy się do informacji o kradzieży dzieł sztuki z obiektów sakralnych, muzeów, bibliotek czy galerii. Sądzę, że niewiele osób zdaje sobie sprawę, jakim zagrożeniem są kradzieże detali architektonicznych czy elementów małej architektury z dawnych parków dworskich, czy pałacowych. Szczególnie zagrożone są tego rodzaju przestępczością budowle opuszczone, bez właściciela, bez opiekuna, zdane na łaskę pogody i rabusiów.
Bywa, że przez długi czas straty nie są zauważane. Czasami trudno jest ustalić, co rzeczywiście zginęło, bowiem wiele osób pamięta o tym, że jakiś element w danym miejscu występował, nikt nie może sobie przypomnieć tylko jaki.
W takich okolicznościach do sukcesu należy zaliczyć ustalenie tego, co rzeczywiście zginęło, a już na pewno za wielki wyczyn należy uznać zatrzymanie osób dokonujących takich kradzieży i częściowe odzyskanie skradzionych elementów. Tak więc do niewątpliwych sukcesów policji należy zaliczyć zatrzymanie piętnastoosobowej grupy przestępczej, która w latach 1993-1995 dokonała kilkudziesięciu kradzieży na terenach zachodnich województw. W trakcie dochodzenia udało się ustalić, że dokonano kradzieży z 27 miejscowości (m.in. z Biecza, Bogatyni, Konotopu, Jaromierza, Obry, Lubiniecka, Głogowa, Chlastawy, Rydzyny, Trzebiechowa, Klenicy). Niektóre miejsca odwiedzano kilkakrotnie. Lista skradzionych obiektów jest długa. Z zespołu pałacowo-parkowego w Bojadłach (dawne województwo zielonogórskie) skradziono cztery szyszki z balustrady przed pałacem, dwie kule z piaskowca z ogrodzenia pałacowego, dwie kute lampy z przełomu XIX/XX wieku, dwie wazy z bramy wjazdowej pałacu, barokowe drzwi wewnętrzne z pałacu (drzwi wysokości 270 cm i szerokości 160 cm), herb z kominka, dwie bramy cmentarne (jedna z muru zewnętrznego o wysokości 300 cm i szerokości 330 cm, oraz mniejsza z kwatery niemieckiej na cmentarzu). Z pałacu w Konotopie skradziono portal. Był tak duży, że sprawcy zabierali go na raty. Jeden z nich zeznał: kilka razy jeździliśmy do pałacu i tam łomami rozbijaliśmy portal na części. W Chlastawie z nagrobka Aleksandra Fryderyka Seydlitza (1750-1795) skradziono kolumnę z miniaturą, girlandami i urną. Z terenu przykościelnego w Obrze skradziono dwie drewniane rzeźby św. Rocha i Benona. Z parku rekreacyjnego w Bogatyni, znajdującego się pod opieką Elektrowni Turów skradziono cztery wazy ogrodowe duże i jedną małą oraz dwa lwy ogrodowe wykonane z marmuru. Z cmentarzy rabowano części nagrobków - kolumny, dekoracje nagrobka rzeźbione w formie pnia drzewa. W Kargowej skradziono 22 m ogrodzenia cmentarza!!! Swoistym uwieńczeniem działalności grupy była kradzież dwóch figur wojowników z dziedzińca gmachu Sądu Rejonowego w Głogowie!
Lista strat jest bardzo długa. Tylko część skradzionych przedmiotów udało się odzyskać. Wiadomo, że pewna liczba obiektów opuściła granice Polski. Główny sprawca kradzieży przyznał, że część przedmiotów była sprzedawana Holendrowi, który organizował przerzuty przez granicę. Jeżeli weźmiemy pod uwagę wielkość i wagę nielegalnie wywożonych obiektów, to należy zadać sobie pytanie o sprawność działania służb celnych. Sprawcy kradzieży wyjątkowo brutalnie postępowali z dużymi i ciężkimi rzeźbami, których ze względu na wagę nie byli w stanie ukraść. By rzeźby nie padły łupem lepiej przygotowanych grup przestępczych, uszkadzano je celowo odpiłowując ich fragmenty. Sprawcy liczyli, że nikt nie będzie chciał zabrać niekompletnej rzeźby, bez głowy, ręki czy nogi.
Na podstawie analizy materiałów dowodowych jawią się bardzo ponure obrazy. Z jednej strony bezwzględnych rabusiów, nastawionych na zysk, nie powstrzymujących się przed profanacją nagrobków na cmentarzach, a z drugiej - obiekty porzucone, opuszczone, pozbawione właściciela i troskliwych opiekunów.
Brak troskliwych właścicieli to chyba największy problem zabytków. Opuszczone zabytki mają to do siebie, że zaczynają się kurczyć, aż w końcu popadają w całkowitą ruinę. Z pustych obiektów najpierw znikają wszystkie cenne elementy - rozbierane są piece, zabierane drzwi wewnętrzne, okna, kominki, portale. W dalszej kolejności zaczyna się kurczyć więźba dachowa, którą wykorzystuje się na opał. W takiej sytuacji wystarczy jedna czy druga zima i to co figuruje w rejestrze zabytków, może zostać już skreślone. Los bywa również mało łaskawy i dla użytkowanych zabytków. W jednej z miejscowości na Warmii spotkaliśmy dom, którego elementy wystroju (kamienne głowy) właściciel systematycznie odkuwał i sprzedawał.
Nie tylko wcześniej wskazane czynniki decydują o systematycznym niszczeniu części zabytków. Ma również w tym swój udział i rynek sztuki. W zasadzie można powiedzieć, że jaki popyt taka podaż. W równym stopniu udział w dewastacji obiektów mają nie tylko bezpośredni sprawcy, ale również i te osoby, które gotowe są kupić bez żadnych wyjaśnień każdy okazyjnie sprzedawany towar. To dlatego, że nikt nie zadaje niewygodnych pytań dotyczących chociażby pochodzenia kupowanego przedmiotu, niszczenie i kradzieże elementów architektonicznych i wystroju wnętrz będzie nadal trwało (niedawno pojawił się artykuł opisujący kradzieże bram secesyjnych ze starych kamienic w Słupsku).
Z przykrością trzeba stwierdzić, że w kontekście działalności zatrzymanej grupy jawi się ostry obraz zagrożeń. Jest źle, ale w głębi tunelu widać małe światełko, które wlałoby trochę optymizmu w ten wyjątkowo ponury obraz rzeczywistości.

Wersja do druku