Zamknij

Korzystamy z plików cookies i umożliwiamy zamieszczanie ich osobom trzecim. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies

Przejdź do głownej zawartości

Robota Ariadny

Pani Kamila Piskozub przez wiele lat kierowała Pracownią Konserwacji Tkanin Państwowych Zbiorów Sztuki na Wawelu. Redakcja Who is who raz po raz słała do niej ankiety. Żadnej nie wypełniła. Nie miała na to czasu... Dziś, choć od wielu lat jest na emeryturze, nadal z czułością i oddaniem pochyla się nad bezcennymi tkaninami, by koronkom, haftom, aplikacjom przywrócić dawną świetność.

A zaczęło się wszystko od fascynacji wyniesionych ze Szkoły Przemysłu Artystycznego i Sztuk Zdobniczych w Krakowie. Później był Wawel i Pracownia Konserwacji Tkaniny Państwowych Zbiorów Sztuki, w której pani Piskozub pieczołowicie przywracała dawny splendor Zygmuntowskim arrasom. Korzystając z tych doświadczeń, wraz z koleżankami z zespołu, konserwowała w pracowni katedralnej również arrasy należące do kościoła. Podziwiano efekty tych prac, doceniano wiedzę i umiejętności i dlatego zaproszono panią Piskozub do Belgii, aby tam zorganizowała pracownię konserwacji arrasów. Zaczęła od zamówienia odpowiednich krosien, następnie przeprowadziła szkolenie, by w końcu wybrać odpowiednią grupę osób. Po trzech miesiącach intensywnej pracy powróciła do kraju. I tu, choć była już na emeryturze, prof. Jerzy Szablowski poprosił ją, by jeszcze przynajmniej przez rok pokierowała wawelską pracownią.
Arrasy Zygmuntowskie wróciły z Kanady na Wawel w 1961 r. w bardzo dobrym stanie. Panowało jednak powszechne przekonanie, że źle je przechowywano, że zbutwiały... Do powstania takiej legendy przyczynił się być może fakt, że rzeczywiście niektóre zawilgotniały i uległy zniszczeniu. Nie stało się to jednak w Kanadzie, lecz podczas pośpiesznej ich ewakuacji z Polski w 1939 r. Przeprowadzono ją w bardzo trudnych warunkach. Wówczas liczyły się już tylko godziny, by umknąć ze skarbem przed Niemcami. Arrasy zostały wywiezione do Rumunii, a stamtąd statkiem do Francji. Jedna ze skrzyń, w której były przewożone, została uszkodzona i kilka arrasów zamokło. Skrzyń nie otwierano przez trzy tygodnie, tyle bowiem trwała podróż i dopiero w Aubusson zaglądnięto do nich. Zauważono, że sześć werdiur zostało uszkodzonych... To właśnie te arrasy poddano konserwacji w pracowni Państwowych Zbiorów Sztuki na Wawelu. Ich konserwacja związana była z częściową rekonstrukcją tkaniny.

Trudnego zadania podjęły się trzy panie - wspomina pani Kamila Piskozub - rzeczywiście specjalistki-artystki: pani Maria Mrozińska - malarka, pani Hanna Wiśniewska - kierowniczka pracowni, pani Jadwiga Faust. W ich gronie znalazłam się i ja. Potem doszła do nas pani Bogusława Wesołowska. Dwie tkaniny z rodzaju werdiur zwierzęcych zostały zrekonstruowane bardzo pięknie. To była mozolna praca. Bo na czym można się było opierać?! Uszkodzenia były duże - wystarczyć musiały ślady, które jeszcze pozostały. Każdy drobiażdżek mówił o tym, gdzie i jak szedł rysunek, jaki kolor i rodzaj nici został użyty, podpowiadał, jak należy całość zrekonstruować. Nieocenioną pomoc stanowiły fotografie sprzed wojny, obrazujące stan arrasów przed zniszczeniem. Niestety, były one czarno-biała, a nie kolorowe. Wykonano z nich bardzo duże powiększenia, w miarę możliwości w skali 1:1, by przedstawiały detale w wielkości rzeczywistej. I jedynie według tych śladów można było uzupełnić braki tkaniny i rysunku.

Miałyśmy specjalne krosna przygotowane do rozpinania dużych tkanin. Pochodziły jeszcze sprzed wojny z pracowni Muzeum Przemysłowego. Tam bowiem po I wojnie światowej, w latach trzydziestych konserwowano arrasy, które wróciły z Rosji w ramach rewindykacji po Traktacie Ryskim. Po II wojnie światowej krosna z Muzeum Przemysłowego przekazano na Wawel, bo tylko na nich mogły zostać rozpięte tak wielkie powierzchnie.

Rzeczywiście ogromną pracą było scalanie olbrzymich powierzchni. Były w nich dziury, i to na wylot. Najpierw, dla wzmocnienia tkaniny, trzeba było wciągnąć tysiące nitek osnowy. Do tego celu używaliśmy nici cieńszych niż oryginalna przędza. Biegły one przez cały arras, jedna obok drugiej, i nawet tam, gdzie uszkodzenia były mniejsze, też została wciągnięta dodatkowa osnowa po to, aby tkaninę scalić i wzmocnić. Później na tę bawełnianą nić dodawało się w miejsca ubytków odpowiedniej grubości nitkę z wełny. W końcu pozostawało jedynie wciągnąć wątek jedwabny.

Same dobierałyśmy kolor nici odpowiedni do wzoru werdiury. Wełnę i jedwab barwiłyśmy farbami roślinnymi. Tym zajmowała się z początku pani Anna Wiśniewska. Ona zainicjowała farbiarstwo roślinne w pracowni. Farby, które wcześniej były używane do celów konserwatorskich, charakteryzowały się bardzo niską tolerancję na światło, co sprawiało, że po pewnym czasie zmieniały kolor. Dzięki wysiłkom pani Wiśniewskiej mogłyśmy uzyskać barwy identyczne jak te na tkaninie, arrasy bowiem były tkane z nici całkowicie barwionych farbami roślinnymi i to zarówno jedwab, jak i wełna. Barwniki sprowadzałyśmy nawet z Indii. Z daleka przybywało indygo, koszamila, żółte drzewo, wszystkie egzotyczne roślinne barwniki, którymi dawniej farbowano nici do tkania.

Jeszcze przed przystąpieniem do konserwacji trzeba było wykonać ogromną pracę. Najpierw należało przygotować materiał. Takie wciągniecie wątku i osnowy trwało rok, a czasem nawet dwa lata. Potem należało przygotować odpowiednie farby. To była też olbrzymia praca. Jak już wspomniałam, zajmowała się tym pani Wiśniewska, a później pani Faust. I gdy już wszystko było przygotowane, można było przystąpić do rekonstrukcji, bardzo mozolnej i wymagających specjalistów najwyższej klasy, jakimi były pani Wiśniewska, pani Mrozińska, pani Wesołowska, pani Faust...

To była praca wprost nieprawdopodobna. Te panie, które konserwowały arrasy, są godne najwyższego uznania, bo zrobiły to przepięknie.
Rekonstruowałam z koleżanką, panią Jadwigą Faust, jeden z arrasów, ale zrobiłyśmy go tylko częściowo, ponieważ ona odeszła do Muzeum Narodowego, a ja choć jeszcze jakiś czas pracowałam, nie zdołałam go dokończyć... I niestety, arras ten nie został ukończony. Przeszłam na emeryturę i już nie było nikogo, kto by się nim zajął. Po prostu nie było specjalistów, którzy mogliby to zrobić.

Z uszkodzonych werdiur dwie nie zostały ukończone. Są bardzo starannie przechowywane w magazynach.
Zespół z Wawelu zajmował się nadal arrasami i gobelinami, lecz już w katedralnej pracowni. Tkaniny w katedrze wymagały jedynie konserwacji zabezpieczającej. Niektóre z nich były wcześniej naprawiane przez siostry miłosierdzia z Łagiewnik, o czym świadczył pozostawiony przez nie napis. Ponieważ w miejscach technicznych szparek powstało wiele pęknięć, siostry wszystkie łączenia techniczne przehaftowały. Chciały w ten sposób podkreślić być może formę wzoru, ale - niestety - zmieniły charakter tkaniny. Aby przywrócić jej pierwotny wygląd, najpierw należało ją oczyścić, czyli wypruć wszystkie niewłaściwe naprawy. W przypadkach, gdy pojawiają są jakieś przetarcia, ubytki, czy dziury, podkłada się w odpowiednich miejscach kawałek tkaniny z płótna lnianego i przytrzymuje się go nicią, specjalnym ściegiem, aby zabezpieczyć konserwowaną tkaninę przed dalszym rozsuwaniem się, czy niszczeniem. W tym zakresie mamy dwie szkoły konserwatorskie - inną w Warszawie, a inną w Krakowie. Ta w Krakowie preferuje specjalną metodę polegającą na zasadzie tzw. nitki kładzionej i przytrzymywanej, w zależności od potrzeby co dwa, trzy lub pięć milimetrów.

Gdy odwiedziłam panią Piskozub w pracowni, konserwatorka trudziła się naprawą fragmentu ornatu ufundowanego przez Annę Jagiellonkę. Drobnym ściegiem przytrzymywała nici brokatu, na którego przepysznym tle w kolorze starego złota wspaniale rysował się misterny brązowy ornament. Jeszcze piękniej prezentowały się kolorowe kwiaty wykonane haftem krzyżykowym na złotym rypsie kolumny i cyfra Anny Jagiellonki na haftowanym pasie tkaniny. Leżały na półce gotowe do zszycia z innymi naprawianymi jeszcze fragmentami ornatu, ale było to przed paroma miesiącami. Dziś ornat ten w pełnej krasie można podziwiać na jubileuszowej wystawie "Wawel 1000 - 2000" otwartej ku uczczeniu 1000-lecia biskupstwa krakowskiego.

Wersja do druku