Zamknij

Korzystamy z plików cookies i umożliwiamy zamieszczanie ich osobom trzecim. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies

Przejdź do głownej zawartości

Nie tylko fabryki

Łódź to miasto, które przez wiele lat uchodziło za szare i brzydkie. Kojarzono je zawsze z fabrycznymi kominami, z robotniczym trudem, z buntem ludzi ciężkiej pracy, z pracującymi kobietami. Szyld miasta robotniczego - "Czerwona Łódz" - przysłonił inne wizerunki. Zapominano często, że ci którzy przybyli do tego, jak powiedział Stanisław Staszic, miasta o trzeszczących źródłach, by tworzyć wielkie imperium przemysłowe przełomu XIX i XX w. zaszczepili tu wiele europejskich prądów kulturowych, sprowadzili znanych architektów, malarzy, rzeźbiarzy, twórców teatru, literatury i muzyki. Tu w domach-pałacach wznoszonych w sąsiedztwie wielkich masywów fabrycznych i robotniczych “familoków" powstawały wytworne wnętrza. Ściany zdobiły obrazy wchodzące nieraz w skład niezwykle cennych kolekcji, jak np. kolekcja malarstwa Lürkensów czy grafiki Grohmanów. Tu odbywały się koncerty muzyczne z udziałem najwybitniejszych muzyków epoki: Paderewskiego, czy potem Rubinsteina, tu obchodzono uroczystości rodzinne i przyjmowano gości.
Rezydencje urządzone były z przepychem, nie zawsze w dobrym stylu, często forma przewyższała jakość. Taki jednak był styl życia codziennego właścicieli - ludzi, dla których potęga ich fabryk była najważniejsza. Te wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju pałace i wille tworzyły wielonarodowy klimat Łodzi i niepowtarzalną atmosferę miasta.
Po wojnie domy fabrykanckie pełniły różne funkcje. Były często rozgrabiane i dewastowane jako symbol kapitalistycznego wyzysku i ucisku. Niewiele pozostało z ich świetności - świadectwa codziennego życia łódzkich magnatów przemysłowych. Dlatego też niezwykle ważną była decyzja wieloletniego dyrektora Muzeum Sztuki w Łodzi Ryszarda Stanisławskiego o konieczności odtworzenia w Łodzi pałacu łódzkiego przemysłowca, z jego wszystkimi szczegółami, wystrojem i atmosferą.
Idea takiego domu to także historia tego miasta. Wybór obiektu nie był łatwy. Pałaców w Łodzi było duży. Każdy charakteryzował się ciekawą architekturą i specyficznym wystrojem. Niektóre były dobrze zachowane, inne bardzo zniszczone. Wybór padł na niewielką neorenesansową willę Edwarda Herbsta, otoczoną ogrodem, położoną nad dużym stawem, w sąsiedztwie kompleksu robotniczego osiedla Księży Młyn. Dom był prawie całkowicie zdewastowany, zarówno architektura jak i wnętrze. Z ogrodu niegdyś - jak mówią opisy - pięknie utrzymanego nie zostało prawie nic. W 1952 r. rozebrano oranżerie.
Ten obiekt został jednak wybrany i w 1976 r. stał się częścią Muzeum Sztuki. Od tego czasu zaczął się żmudny i trudny proces tworzenia. Remont i konserwację poprzedzono badaniami źródłowymi, historycznymi, socjologicznymi, z dziedziny historii sztuki. Potem było szukanie i zakup eksponatów, odzyskiwanie danych, co trwało do grudnia 1990 r., kiedy to uroczyście otwarto pierwszą w Polsce ekspozycję wnętrz fabrykanckich - Rezydencję Księży Młyn - Willę Herbstów, powstałą około 1875 r. według projektu wybitnego łódzkiego architekta Hilarego Majewskiego. Była prezentem ślubnym Karola Wilhelma Scheiblera - króla łódzkiej bawełny - dla córki Zofii Matyldy Scheibler i Edwarda Herbsta, dyrektora zakładów Karola Scheiblera.
Willa ulokowana była w południowej części miasta, na rogu ulic Przędzalnianej i Emilii (potem 8 Marca, a obecnie Tymienieckiego) na obszarze osiedla zwanego Księżym Młynem. Ziemia ta zagospodarowywana była od 1870 r. W latach 1873-1877 zbudowano budynki fabryczne i osiedle dla urzędników fabrycznych i robotników, z mieszkaniami i sklepami, szkołą i szpitalem. Rezydencja przy ul. Przędzalniczej zamykała ten kompleks. Niezwykle ciekawym i nowatorskim pomysłem było wprowadzenie zieleni na teren zabudowań osiedla robotniczego. Było to zgodne z koncepcją współgrania architektury mieszkalnej z naturą. Willa z własnym kompleksem architektonicznym, otoczona ogrodem, stanowiła części większej struktury. Od wschodu zamknięta była parkiem, z ogrodem zimowym w części północnej, z trójkondygnacyjnym aneksem służbowym i kuchennym. Park otaczało żeliwne ogrodzenie z dwiema bramami i dwiema kordegardami. Architektura willi nawiązywała do stylu Palladia. Wejście do niej ozdabiał kolumnowy portyk. Wnętrza miały układ trzytraktowy z reprezentacyjną częścią parterową i bardziej intymnym prywatnym piętrem. Na parterze znajdował się gabinet właściciela z oknem wychodzącym na budynki fabryczne (zgodnie z programem pałaców łódzkich), salon lustrzany z bogatą neorokokową dekoracją, a także salon przeznaczony na niezwykle wówczas modną kolekcję sztuki orientalnej. W południowo-wschodniej części domu znajdował się pokój myśliwski zamieniony w latach 20. XX w. na bibliotekę, wyłożony bogato inkrustowaną boazerią florencką z 1893 r. o motywach myśliwskich. W 1877 r. dobudowano salę balową. Wystrój wnętrza tej imponującej sali utrzymany był w stylu angielskiego renesansu. Ok. 1879 r. powstały zabudowania stajni i powozowni według projektu Adolfa Zelicksona.
Do 1942 r. willa należała do rodziny Herbstów. Mieszkał tu najmłodszy syn Magdaleny i Edwarda Leon Herbst z żoną Aleksandrą, ludzie wykształceni i wiele podróżujący, stworzyli tu jedno z najpiękniejszych wnętrz pałacowych w Łodzi. W 1942 r. wyjechali do Wiednia zabierając prawie całe wyposażenie. Leon Herbst wkrótce tam zmarł. Po II wojnie światowej willa miała różnych użytkowników. Mieściło się tu przedszkole, żłobek, siedziba PAN - laboratoria biologiczno-chemiczne, placówka ORMO, a nawet dom dziennego pobytu dla psychicznie chorych.
Łódzki grafik i malarz Wacław Kondek tak opisuje swoją wizytę w pałacu Herbsta w latach sześćdziesiątych: Wchodzę do wielkiej sali - pewnie balowej - wspaniały strop w nienaruszonym stanie, a do połowy wysokości ścian równoległe rzędy maleńkich boksów. W każdej takiej komóreczce siedzi człowiek. Wszyscy złocą, srebrzą, malują na zielono szklane ozdóbki na choinkę, wszędzie spirytusowe palniki. Powiedziano mi, że znajduję się w zakładzie rehabilitacyjnym dla psychicznie chorych i powinienem mieć ochronę. Sala balowa pokryta boazerią to chyba nie najlepsze miejsce dla takiej pracy. Podobnie było w innych pokojach - pozrywane podłogi, tłumione ściany, zamalowane freski i wyrwane drzwi.
Fotografii świadczących o poprzednim charakterze wnętrz było bardzo niewiele, przekazów ustnych także. Postanowiono więc nie odtwarzać konkretnego wnętrza, lecz ideę pałacu oświeconego łódzkiego fabrykanta z kręgu niemiecko-flamandzkiego. Ogromną pomocą służył tu pan Jerzy Grohman, ostatni z żyjących potomków łódzkich rodów fabrykanckich. Udostępnił rodzinne zdjęcia, opowiadał o życiu i obyczajach domowych, ofiarował biurko i fotel swojego ojca, Leona Grohmana. Ważnych informacji o dawnym wyglądzie rezydencji dostarczyły rozmowy z byłymi pracownikami: ogrodnikiem i kierowcą, a także członkami rodzin mieszkających na Księżym Młynie i byłymi pracownikami fabrycznej straży pożarnej. Dzięki tym opowieściom, pomocy depozytowej muzeów w Łańcucie, Pszczynie, Zamku Królewskim w Warszawie, Kozłówce, a także darom i zbiorom Muzeum Sztuki uzyskano podstawowe wyposażenie. Trwały prace remontowe, tapicerskie, kładziono nowe podłogi, które musiały mieć określony, jedyny w swoim rodzaju, kolor i zapach. Dlatego prowadzono kwerendy, które miały określić dawne techniki czyszczenia i konserwacji drewna. Restaurowano piękne piece, oczyszczając je z olejnej farby, kupowano kapy, firanki, bibeloty. Zdobywano stare okucia okienne i stare żeliwne, ozdobne kaloryfery. Restaurowano i rekonstruowano barwne witraże i malowidła ścienne. Przystąpiono do rewaloryzacji ogrodu.
Trwało to prawie 15 lat i kiedy 28 grudnia 1990 r. pałac-muzeum otworzył swoje podwoje, wszyscy którzy pracowali przy jego powrocie do dawnej świetności oraz zaproszeni goście dowiedzieli się o wspaniałej nagrodzie, najwyższym europejskim odznaczeniu przyznawanym za renowację zabytków - medalu Europa Nostra.
Dla nas, dla których Pałac Herbsta był treścią życia przez te wszystkie lata, największą pochwałą były słowa pana Jerzego Grohmana, wypowiedziane po wejściu do domu, który znał dobrze niegdyś - Dobrze się tu czuję.

Wersja do druku