Zamknij

Korzystamy z plików cookies i umożliwiamy zamieszczanie ich osobom trzecim. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies

Przejdź do głownej zawartości

Uwagi o warszawskim rynku sztuki

Podczas okupacji 1939-1944, na pozór paradoksalnie, antykwariaty warszawskie przeżywały swój złoty okres. Było ich ponad 20, oferowały dzieła wszelkiego rodzaju, wśród nich obiekty wyjątkowej wartości, ruch kolekcjonerski kwitł. Wyjaśnienie tej sytuacji jest proste: wiele osób musiało się wyprzedawać, niektórzy uciekali od pieniądza nie budzącego zaufania, a byli i tacy, którzy starali się zachować przejawy polskiej kultury, systematycznie niszczonej przez najeźdźców. Powstanie warszawskie, systematyczne spalenie miasta i wysiedlenie całej ludności zniszczyły to wszystko.

Ale warszawiacy to twardy naród: gdy tylko w 1945 r. poczęli wracać do stolicy, natychmiast zaczęli handlować absolutnie wszystkim, nieśmiało poczęły się na rynku pojawiać - wykładane w dziurach po sklepowych oknach - także dzieła sztuki. Brak mieszkań i niepewność losu nie sprzyjały kolekcjonerstwu, a więc i handlowi, ale sytuacja zmieniała się z dnia na dzień. Pod koniec lat 40. działało już w Warszawie kilka antykwariatów, z salonem p. Zofii Tyszkiewiczowej przy Placu Trzech Krzyży na czele.

Ale życiu Polaków historia nie sprzyja,brak jest zupełnie ciągłości. Więc w 1950-1951 wszystko zostało upaństwowione, antykwariaty zamknięte, a zastąpiła je, mająca monopol na handel dziełami sztuki DESA, przedsiębiorstwo państwowe "Dzieła sztuki i antyki". Łatwo sobie wyobrazić, jaki był skutek niedobranego materiału przedsiębiorstwa handlowego z instytucją państwową w czasach gospodarki centralnie kierowanej i obsadzania stanowisk przez nomenklaturę. Brak konkurencji wzmacniał jeszcze ten stan rzeczy: np. DESA decydowała o cenach obrazów i antyków: były zupełnie niskie (co spowodowało m.in. masowe wykupywanie obiektów i wywożenie ich także w kufrach dyplomatycznych). Uzasadniano to tym,że głównym odbiorcą dzieł sztuki są muzea o bardzo skromnych budżetach, a i kolekcjonerzy nie dysponują swobodnym pieniądzem. Usłyszałem kiedyś także i wzgląd "ideologiczny": ci, którzy dysponują obrazami i muszą je sprzedawać, należą do "burżuazji lub obszarników". Ten monopol państwowy wykluczał też urządzanie publicznych licytacji, o co się wielokrotnie upominałem; powiedziano mi jednak, że licytacja jest zaprzeczeniem gospodarki scentralizowanej, planowej oraz zburzy na tym odcinku system cen. Zresztą "odwilż" 1956 r. miała i ten skutek, że ceny na dzieła sztuki dość gwałtownie poszły w górę (co może zmniejszyło masowy wywóz obiektów); pojawiła się też namiastka wolnego rynku: targi niedzielne, zresztą stale przenoszone z miejsca na miejsce.

Ten stan rzeczy - monopol DESY (z minimalnymi wyjdtkami, np. w Warszawie tylko jednemu pozwolono otworzyć niewielki antykwariat w rejonie Starego Miasta; był nim były oficer SB, który rozpracowywał tzw. aferę Bednarczyka) utrzymał się aż do kolejnego momentu przełomowego w naszej nieszczęsnej historii: do 1989 r. Wówczas pojawiły się masowo antykwariaty, a tuż za nimi i domy aukcyjne.Trzeba jednak pamiętać, że aukcje dzieł sztuki miały w Warszawie miejsce bez przerwy od schyłku XVIII w., aż do wybuchu wojny 1939 r., ale potem przez pół wieku ich nie było. Nie było więc ciągłości, tradycji, nikt już nie pamiętał jak one wyglądały, a znajomość aukcji zagranicznych była powierzchowna. Wzięli się więc do tego ludzie niefachowi, biznesmeni na naszą miarę, czasem o elastycznym sumieniu. Poczynali więc sobie według reguł kupieckich, co jest zrozumiałe i w żadnej mierze nie jest naganne, ale zmusza do ostrożności przy wyciąganiu wniosków. Wyraźniej mówiąc: osiągane wyniki, szczególnie te wyjątkowe, nie mogą być przyjmowane bezkrytycznie. Wielokrotnie właściciele oferowali do przyjęcia obraz po znacznie niższej cenie niż rzekomo osiągnięta po "ostrej licytacji" w innym domu aukcyjnym. Co zrobić z takim fantem? Wystawić go ze znacznie niższą ceną przecież nie można, trzeba uznać ten obraz za "spalony", wbrew pretensjom właściciela. Bywa i tak, że posiadacz cennego obrazu, związany z właścicielami domu aukcyjnego, wystawia na licytację swoje dzieło, którego bynajmniej nie zamierza sprzedawać, tylko chce przekonać się o jego wartości rynkowej, albo "dowartościować" swoją własność. Spotkałem się także z innym zjawiskiem. Oto marszandzi indywidualni, zwani w środowisku "działaczami", nie chcą dopuścić do sprzedania dzieła na aukcji. Wówczas pojawia się elegancki, nieznany nikomu, młody człowiek, przelicytowuje wszystkich, ale w trakcie aukcji wychodzi (niby do toalety, czy na papierosa), pozostawiając swój katalog i numerek - i znika. Traci niewielkie wadium, ale to się jego zleceniodawcy opłaca.
Nie ma celu wymieniania wszelkich - jak mówią Francuzi - "wypadków w podróży". Są oczywiście wąskim marginesem. Licytacje dzieł sztuki się rozwijają,w Warszawie można już naliczyć co najmniej 9 domów aukcyjnych, a powstały także w Krakowie, Łodzi, Katowicach,może i w innych miastach. Kolekcjonerstwo poczyna się kształtować, wychodzić z samej chęci posiadania i lokaty kapitału,przybywają nowi amatorzy. Ceny idą bezustannie w górę, co przyciąga uwagę i zwiększa popyt, a to z kolei wpływa na dalszy wzrost cen.

To są zjawiska pocieszające, ale i wzmagające czujność. Bo - szczególnie po zniszczeniach wojennych i rekwizycjach wyposażenia siedzib wywłaszczanych w ramach reformy rolnej - podaż nie może nadążyć za tak żywiołowo rozwijającym się rynkiem. Jak ją zwiększyć? Najpierw drogą, powiedzmy, naturalną: byli właściciele odzyskują co nieco z tzw. depozytów muzealnych, czyli z owej akcji przeciwziemiańskiej lat 40. Z miast nie zniszczonych, przede wszystkim z Krakowa, ale i z Łodzi, wyciąga się przedmioty, które tam były od lat, szaber tzw. ziem odzyskanych też zasilił wiele domów przypadkowych posiadaczy, nie przywiązanych do nowych dla nich nabytków.Następnie przyszła, jak to żartobliwie nazywamy, rewindykacja: przywożenie obrazów z terenów wschodnich, szczególnie ze Lwowa. Równocześnie zaś poczęto zwozić obrazy z Paryża, dzieła artystów z Polski, którzy tam działali, a nie dorobili się sławy i pokupu. Za tym poszły obrazy z aukcji niemieckich (na ogół tam nie sprzedane, więc po aukcji oddane za niższą kwotę). Stawaliśmy się coraz bardziej atrakcyjnym rynkiem zbytu. To wszystko albo po prostu cieszy, albo też pewne odchylenia uważamy za niedomogi wzrostu, "choroby dziecięce". Ale, jak zawsze w biznesie, pojawiły się i strony ciemniejsze (stary szlachcic, 300 lat temu, uznał handel w ogóle za działanie nieczyste,które szlachcicowi nie przystoi). Pojawiły się więc najróżnorodniejszego typu falsyfikaty: kopie lub pastisze opatrzone nazwiskiem od dawna nieżyjącego autora, obrazy anonimowe, którym dodano nazwiska rzekomych autorów itd. Że tak jest istotnie, miałem dowód niezbity: od rodziny Iwowsko-szkockiego malarza Władysława Krzyżanowskiego pozyskałem kiedyś dużą i piękną martwą naturę, nie podpisaną, która przez lata cieszyła nasze oczy, ale w pewnym momencie opuściła nasz dom. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dostrzegłem ją w katalogu aukcyjnym jako obraz Władysława Taranczewskiego i noszący jego nazwisko. Natychmiast poinformowałem o tym właścicielkę galerii, ale jej nie przekonałem i płótno poszło w świat.

Te uwagi można ciągnąć dalej i dalej.Warto byłoby pomówić o ekspertach i ekspertyzach, o nabywcach i ich preferencjach, i o różnych innych sprawach,które się nasuwają. Odkładam to do innej sposobności.

Wersja do druku