Zamknij

Korzystamy z plików cookies i umożliwiamy zamieszczanie ich osobom trzecim. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies

Przejdź do głownej zawartości

Antykwariusze okupacyjnej Warszawy

Pracę magisterską pisałem na temat początków handlu obrazami w Warszawie i odtąd problemu tego nie spuszczam z oka. Nie trzeba uzasadniać, iż wiąże się z kolekcjonerstwem i to na ogół na zasadzie sprzężenia zwrotnego, bo zbieracz musi nabywać przedmioty, które go interesują, ale z biegiem czasu powinien swój zbiór polepszać, pozbywając się obiektów mniej cennych lub takich, które przestały go cieszyć.

Interesując się zaś obrotem dziełami sztuki i badając jego zasady, powracam myślą do ponurych lat 1939-1945, lat mojej dojrzałej młodości, kiedy się po raz pierwszy z antykwariatami zetknąłem. Było ich wówczas w Warszawie dużo. Nigdy w tym mieście przedtem nie był handel obrazami, grafiką, czy przedmiotami rzemiosła artystycznego tak rozbudowany, wyspecjalizowany i dobrze zorganizowany jak wówczas. Jest to fenomen, który dziś może się wydawać paradoksalny, ale wynikał z normalnych praw rynkowych, które nadal funkcjonowały, choć na każdym kroku i w każdej chwili gwałcono wszelkie inne prawa.
Otóż handel ten powstał i rozwijał się, bo pojawiło się znaczne zapotrzebowanie, popyt na dzieła sztuki szczególnie wysokiej klasy i znacznej wartości. Natychmiast i to gwałtownie, zwiększyła się także podaż. Wreszcie, wyrośli jak spod ziemi nowi adepci, pragnący zająć się pośrednictwem - przyszli antykwariusze. Wszystkim trzem czynnikom trzeba się przyjrzeć bliżej.

W obliczu bezprzykładnego, systematycznego niszczenia dorobku narodowego Polaków, zamykania muzeów, rekwirowania i wywożenia arcydzieł, rabowania przez bezkarnych najeźdźców wszystkiego, co im w ręce wpadało, na koniec niszczenia zabytków przez działania wojenne, a potem przez barbarzyńskie palenie i burzenie miasta - rodziła się naturalna chęć obrony i ochrony, a więc nabywania i przechowywania, otaczania opieką materialnych świadków kulturalnej przeszłości.

To był wzgląd obywatelski. Ale były i inne, mniej wzniosłe. Otóż niektóre grupy społeczne lub tylko jednostki, ale wcale liczne, umiały wyrobić sobie znaczne dochody. Czasem odgrywała tu zasadniczą rolę "elastyczność" sumienia - żeby nie powiedzieć dosadniej - częściej było to wynikiem zapobiegliwości i umiejętności, np. w drobnym przemyśle, wytwórczości, hodowli, uprawie, handlu, także w niektórych zawodach inteligenckich (lekarze. dentyści, weterynarze, czasem prawnicy i inni). Wszystko to mogło przynosić znaczne dochody. Natomiast brak zaufania do pieniądza okupacyjnego kazał lokować płynny pieniądz (tzw. nadwyżki) w wartościach trwałych. Należały do nich, jak zawsze, dzieła sztuki szczególnie wybitne, wielkiej wartości. Oczywiście obraz lub porcelanowa figurka z XVIII w. poszukiwane są jako lokata kapitału w czasach w miarę spokojnych, bezpiecznych. Toteż i warszawski rynek reagował na bieżące wydarzenia. Przesuwanie się frontów lub wzrastający terror znajdowały natychmiastowe odbicie w popycie lub podaży, a także w falowaniu cen dzieł sztuki w warszawskich antykwariatach lub - jak się mówiło - w salonach. Migracje ludności z zachodu i wschodu do centrum kraju, ze wsi do wielkich miast, śmiertelne zagrożenie całych wielkich skupisk (przede wszystkim Żydów), wysiedlania majątków ziemskich, konieczność przenoszenia się z większych mieszkań do mniejszych to wszystko - przy pauperyzacji ludzi poprzednio bogatych czy tylko zamożnych - kazało wyprzedawać niekiedy cały dobytek. Zaczynano na ogól od dziel sztuki, jako mało portatywnych (szczególnie przy ucieczce), wrażliwych na zniszczenie, nade wszystko zaś niekoniecznych do życia. Bywało też, że niektórzy nieliczni zresztą spośród najzamożniejszych, usiłowali za wszelką cenę opuścić tzw. Generalną Gubernię, wyjechać za granicę, trzeba się więc było wszystkiego pozbyć. Wreszcie ludzie głośni przez swoje zasługi w czasach niepodległej Polski, także znani zbieracze, jak i słynni bogacze, uważali, że posiadanie majątku w tych czasach może tylko sprowadzić nieszczęście. Należało więc sprzedawać.

W ten sposób na rynek trafiały całe kolekcje, wyposażenie magnackich siedzib i szlacheckich dworów, mieszkań warszawskiej plutokracji i pieczołowicie przechowywane przez spadkobierców pracownie zmarłych lub nieobecnych artystów. Z kolei nowi bogacze, pragnący lokować swój majątek lub patriotyczni obywatele, pragnący chronić dorobek artystyczny przodków, mogli wybierać do woli. Były więc dzieła czekające na nabywców, a także ci, którzy kupować chcieli i mieli po temu środki. Teraz potrzeba było tylko pośredników, którzy by budzili zaufanie i mieli zrozumienie, znajomość przedmiotu, którzy byliby operatywni, wyposażeni w organizacyjne zdolności i energię. Tacy znaleźli się od razu. Wysadzeni z siodła ziemianie, arystokraci od dzieciństwa obracający się wśród dzieł sztuki, przedmiotów pięknych i kosztownych, dalej wyzuci z majątków i wysiedleni prawnicy, pozbawieni pracy i stanowisk urzędnicy ... wszyscy, oni, dobrawszy sobie ekspertów (historyków, sztuki, kustoszy muzealnych, konserwatorów) próbowali sił w obrocie dziełami sztuki. Wszytko .stało otworem. Z przedwojennych wielkich antykwariuszy niektórzy, jak Franciszek Studziński, wyjechali z kraju lub porzucili to zajęcie. Liczni Żydzi, jak przede wszystkim Abe Gutnajer, Jakub Kleinman (Klejman) lub właściciel antykwariatu "Museum", zamknięci zostali w getcie. Domy licytacyjne zlikwidowano.

Na te opróżnione miejsca przyszli więc inni, w handlu obrazami pojawiły się nowe nazwiska, liczba antykwariatów wzrastała z dnia na dzień. Najważniejsze, najlepiej prowadzone, umiejscowiły się przy ulicy Mazowieckiej, przemianowanej wówczas na Blumenstrasse. Było ich kilkanaście, wśród nich wyróżniały .się . -"Miniatury" Zofii z Tyszkiewiczów Potockiej. To była elita warszawskich antykwariatów, zwarty klan z ulicy Mazowieckiej, do którego należeli, oprócz Potockiej: Czesław Garliński, Chomętowscy, Zofia Leśniewska, Stanisław Mycielski i inni. Dołączyła do nich i Wanda Czernic-Żalinska, prowadząca może i najbardziej szczęśliwy, i znany z doskonałych obiektów salon "Skarbiec", mieszczący się opodal, przy ul. Kredytowej 9.

Przez te antykwariaty przeszły liczne i wielkiej wartości dzieła sztuki, przede wszystkim zaś obrazy polskich malarzy, m.in. Matejki (ostatni olejny autoportret wizerunek córki artysty, Beaty Kirchmayerowej), Chełmońskiego (Jarmark na konie, Owczarek z psem, Łąka), Aleksandra Gierymskiego (Wnętrze katedry w Sienie), Brandta (Powrót z łupami), Michałowskiego, Gersona; Wyspiańskiego (Autoportret), Wojtkiewicza (Cyrk) po prostu wszystkich, których tu wymienić nie sposób. Pojawiały się zresztą i arcydzieła malarstwa europejskiego, np. portrety polskich osobistości malowane przez Angelikę Kauffman i M. E. Vigée-Lebrun. A przy tym masa zabytkowego srebra, szkła, porcelany, tkanin, zegarków, rysunków (m.in. Claudéa Moneta), sztychów; mebli. Kto ciekaw szczegółów - znajdzie je w drukowanych wspomnieniach pań Żalińskiej i Potockiej, a także w mojej publikacji.
Kres warszawskim antykwariatom położyło powstanie, wysiedlenie mieszkańców i spalenie miasta. Ale natychmiast po wojnie wznowiły działalność, chwaląc doskonałą koniunkturę. Jednak w 1950 r. zostały zlikwidowane, a obrót przejęło nowo powstałe przedsiębiorstwo "DESA".

Wersja do druku