Zamknij

Korzystamy z plików cookies i umożliwiamy zamieszczanie ich osobom trzecim. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies

Przejdź do głownej zawartości

Uwaga! Falsyfikaty

Kiedy przed wiekami narodziło się kolekcjonerstwo, wkrótce dołączył doń handel dziełami sztuki, ale też zaraz pojawił się i złowrogi cień: fałszerstwo. Przypominają o nim co pewien czas ujawniane afery. Ostatnia, sprzed kilku lat, była zupełnie nietypowa.

Oto malarz kanadyjski, Real Lessard ogłosił w Paryżu swe wspomnienia, niemal 300 stron liczący tomik, pod prowokacyjnym tytułem, który po polsku mógłby brzmieć "Namiętność fałszowania" albo "Uwielbiam fałszować obrazy". Lessard ma podobno wyjątkowe uzdolnienia takiego wyczucia manier wielkich mistrzów naszego stulecia, że może nie kopiować ich obrazów, ale niejako "malować w ich imieniu", to znaczy tak jak mógłby to namalować np. Modigliani czy - powiedzmy Cezanne.

Lessard nie tylko potrafi tworzyć takie dzieła, ale trudnił się tym od lat, obecnie zaś - aby skompromitować znanego francuskiego marszanda obrazów, który się mu naraził - postanowił o tym swoim procederze opowiedzieć. Jego ideą jest, by już nikt odtąd nie mógł zaprzeczyć, że pomiędzy arcydziełami sztuki nowoczesnej w muzeach światowych i bogatych kolekcjach prywatnych aż roi się od falsyfikatów. 50-letni dziś Lessard mówi wprost: "Jestem autorem jednego obrazu Deraina i jednego Raula Dufy, które są wystawiane w Muzeum Sztuki Zachodu w Tokio. Z mojej pracowni pochodzi także portret Jeane Hebuterne Modiglianiego, namalowany w 1959 r. , a wymieniony w katalogu aukcyjnym londyńskiego domu Christie's z 6 grudnia 1963 r. To samo dotyczy portretu kobiecego, także Modiglianiego, na który wystawiła świadectwo autentyczności córka artysty, Jeanne. Ten obraz namalowałem w 1960 r., a marszand Legros (to przeciw niemu skierowana jest cytowana książka) w 1964 r. sprzedał to dzieło do jednego z japońskich muzeów. "No i co teraz zrobić z tymi płótnami ? - pyta fałszerz - Zniszczyć je?" Dodaje przy tym, iż wdowy po artystach oraz słynni specjaliści wystawiali ekspertyzy na jego obrazy zawsze w dobrej wierze, przekonani, iż mają do czynienia z oryginałami.

Lessard uważa, iż jest po prostu artystą-malarzem tworzącym obrazy wyłącznie dla siebie, natomiast inni robią z tymi dziełami nieuczciwe transakcje. Namalował już 2 - 3 tysiące płócien, które sprzedaje się w cenie od 30 do 100 tysięcy dolarów. Najbardziej ceni sobie "Portret kobiety w kapeluszu z piór", który malował w 1958 r. w Hollywood, a na który tak poszukiwany dziś artysta jak Kees van Dongen wystawił w 1966 r. certyfikat stwierdzający, iż obraz ten namalował on, van Dongen około 1910 r. Lessard reprodukuje ten dokument w swoich wspomnieniach.

Lesssard oświadcza dalej, iż na zlecenie Leopolda Zborowskiego Kisling namalował kilka obrazów "Modliglianiego" (już po śmierci artysty), a także "Soutine'a" i "Foujity", że Derain i Vlaminck malowali fałszywe Cezanne'y. O Salvatore Dali wiadomo, że podpisywał u schyłku życia czyste kartony, na które handlarze następnie odbijali litografie, ryciny czy wprost reprodukcje (podobno nie brak takich rzekomych odbitek graficznych artysty także i w naszym kraju).
Nie wiem, czy wszystkie rewelacje Lessarda są zgodne z prawdą: pewne jest, że nie należy on do ludzi budzących nadmiernie zaufanie. Tym niemniej, tego rodzaju procedery zdarzają się dosyć często. Pamiętam, echa jednego z nich, sprzed kilkunastu laty. Otóż do antykwariusza wiedeńskiego zgłosił się wówczas ktoś z proponowaną do sprzedania kompozycją Marca Chagalla. Oświadczył, iż obraz (którego autentyczności marszand nie kwestionował) nabył od byłego oficera niemieckiego, który to dzieło miał przywieźć jako łup wojenny z Witebska, skąd wielki artysta pochodził. Może i historia przeszłaby nad tym do porządku dziennego, gdyby nie to, że do innej wiedeńskiej galerii zgłoszono do zakupu jakiś obraz rzekomo tego samego pochodzenia. To wzbudziło podejrzenia. Oba obrazy poddane zostały wszechstronnym badaniom, które wykazały, że mamy do czynienia z falsyfikatami, dziełami zupełnie świeżej daty. Sprawę skierowano do organów śledczych. Okazało się, że trop prowadził do Polski, toteż dalsze poszukiwania prowadzono już w naszym kraju i odszukano dosyć znanego malarza jako autora tych dwu i wielu innych, puszczonych w obieg antykwarski malowideł. Dwa z nich, duże olejne kompozycje, wisiały u prof. Władysława Tatarkiewicza. Kiedy je zobaczyłem, zapytałem czy to Paul Klee? Profesor odpowiedział mi wówczas ich historię. Nabył je przed paru laty w Warszawie, zarówno on, jak i sprzedający uważali je za dzieła pędzla Paula Klee. Nie były podpisane, a nikt specjalnych badań nad nimi nie prowadził. Natomiast ostatnio, ciągnął dalej profesor, zgłosili się doń dwaj oficerowie śledczy i oświadczyli, kto i kiedy te obrazy namalował. Poinformowali, że przeciw autorowi przygotowywany jest proces sądowy, że sam obwiniony wskazał, gdzie się te jego obrazy-pastisze znajdują i że zwraca uzyskane pieniądze, a malowidła zostają zajęte jako dowody przestępstwa. Ku zdumieniu obu panów prof. Tatarkiwicz jednak odmówił. Powiedział, że obrazy kupił, bo mu się podobały i nadal cieszą jego oczy. Nie zamierza więc ich nikomu oddawać, a całą sprawę uważa za zakończoną.

Najgłośniejsza afera podrabianych obrazów związana była z nazwiskiem niewątpliwie wybitnego malarza holenderskiego, Hana van Meegerena. Sprawa wypłynęła w 1945 r., gdy jedna z alianckich komisji zabezpieczających zrabowane przez Niemców dzieła sztuki odkryła wśród niezwykle bogatych "zbiorów" feldmarszłka Hermanna Göringa - wielkiej piękności, dotychczas nieznane arcydzieło Jana Vermeera van Delft przedstawiające Chrystusa i jawnogrzesznicę. Badając skrupulatnie prowadzone papiery Göringa, stwierdzono, że obraz został nabyty od Meegerena, któremu początkowo zarzucano w związku z tym kolaborację. Szybko jednak wyjaśniło się (co sam podejrzany przyznał i szczegółowo opisał), że Meegeren sam był autorem tego obrazu i innych o zbliżonym charakterze. Udowodnił to, malując w więzieniu kolejnego "Vermeera", kompozycję "Młody Chrystusa wśród uczniów". Oświadczył, iż jest autorem czternastu dzieł wielkich mistrzów holenderskich XVII w., które to obrazy uzyskały ekspertyzy najwybitniejszych rzeczoznawców i trafiły do renomowanych publicznych i prywatnych zbiorów, przynosząc malarzowi około 2 300 tys. dolarów zysku. Meegerena skazano za fałszerstwo na jeden rok więzienia, obrazy pozostały na miejscu. Mimo wyroku, jeszcze wiele lat po śmierci artysty (zm. w 1947 r.), w kręgach wybitnych uczonych konserwatorów i doświadczonych muzeologów spierano się nad tym, czy istotnie kwestionowane obrazy są nowoczesnym naśladownictwami czy też oryginałami z XVII w. Obie tezy mają swych utytułowanych zwolenników.

Przypadek van Meegerena nasuwa więc wiele pytań ogólniejszych. Od granicy omylności (względnie nieomylności) ekspertów począwszy, przez kwestie natury etycznej lub prawnej (czy naśladownictwo cudzej maniery jest w ogóle naganne i karalne?), aż do konieczności wyraźnego stwierdzenia co to jest falsyfikat, a ściśle - w jakim momencie zaczyna się fałszerstwo? Czy te z dzieł van Meegerena, na których nie położył żadnych sygnatur trzeba uznać za niedopuszczalne nadużycie, bo zastosowano stare płótno, gwoździe, krosno, barwniki i spoiwa jakich używano w XVII w.? A gdyby sam się na nich podpisał? To są trudne kwestie, bynajmniej niejednoznaczne. Chciałbym do nich jeszcze powrócić.

Wersja do druku