Zamknij

Korzystamy z plików cookies i umożliwiamy zamieszczanie ich osobom trzecim. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies

Przejdź do głownej zawartości

O obrazach i pieniądzach, czyli rynek 1997

W periodyku o tak chwytliwym tytule "Cenne, bezcenne/utracone" naturalną rzeczą jest mówienie o pieniądzach. Tym razem będzie o pieniądzach nie utraconych, w wyniku pożaru, zalania lub kradzieży dzieł sztuki, a zyskanych na handlu tymi dziełami, czyli o polskim rynku aukcyjnym w 1997 r.

Był to już trzeci, kolejny rok podbijania cen w specyficznym, dla naszego kraju, obszarze malarstwa. Każdy zapewne orientuje się, że mowa tu o twórczości monachijczyków i malarzy z Ecole de Paris. Ich to obrazy zdominowały "górną półkę" cen - a wśród najdroższych dzieł ilościowo przewodziły płótna Alfreda Wierusza-Kowalskiego i Józefa Brandta. Pośród 14 prac, które na aukcjach osiągnęły wartość powyżej 200 000 złotych najcenniejszym okazał się "Jarmark w Bałcie" Brandta, sprzedany w czerwcu w Agrze za 385 000 złotych, a zamyka tę grupę obrazów "Kobieta z dzieckiem" Eugeniusza Zaka, za którą uzyskano w październiku w Polswiss Arcie 221 000 złotych. Poza tym wierzchołkiem góry cenowej znajduje się rozległy obszar malarstwa, w którym ci sami lub podobnego autoramentu autorzy uzyskują bardzo przyzwoite ceny. Opłacalność handlu obrazami przyczyniła się, z jednej strony do wzrostu liczby krajowych domów aukcyjnych w 1997 r., a z drugiej zaś do coraz częstszego szukania obrazów polskich malarzy w antykwariatach i na aukcjach za granicą. Polscy dealerzy nauczyli się zaglądać do Londynu, do Monachium i Berlina, do Paryża, a nawet na drugą stronę oceanu, gdzie w okresie poprzedzającym I wojnę światową trafiało wiele obrazów Wierusza-Kowalskiego, Brandta, Chełmońskiego, a po wojnie Wojciecha Kossaka.

W Europie i w USA krążą po rynku obrazy polskich malarzy, obecnie nieco lepiej rozpoznawane przez tamtejszych antykwariuszy, do czego przyczyniły się szersze kontakty, a także podawanie od kilku lat przez Mayer Auction Prices notowań z aukcji krajowych. Fakt, że Stanisław Żukowski nie jest już uznawany za Rosjanina a Brandt za Niemca łechce naszą dumę, ale zaczyna odbijać się na kieszeni. Bowiem do niedawna niskie ceny na obrazy polskich artystów stanowiły okazję dla kupujących, a obecnie zaczynają one zwyżkować. Symptomatycznym świadectwem takiej sytuacji jest relacja Ireny Olchowskiej-Schmidt w "Gazecie Antykwarycznej". Opisując czerwcową aukcję u Neumeistra w Monachium, wymienia autorka sześciu Polaków jako twórców wystawionych prac. Byli to - Stefan Bakałowicz, Feliks Brzozowski, H. T. Chmieliński, Marcin Jabłoński, A. Malinowski i Władysław Stachowski. Pisząc, że obrazy ich sprzedano w cenie od 1500 do 5000 marek niemieckich, Olchowska dodaje "żaden z powyższych polskich malarzy nie ma ugruntowanej pozycji na rynku sztuki, ceny były więc niskie, ale nie odbiegające od cen na malarstwo obce czy nawet niemieckie tej samej klasy". Oczywiście prace bardziej znanych autorów są na rynkach zachodnich droższe, ale nie na tyle, poza nielicznymi wyjątkami, by ich import do Polski był nieopłacalny. Ilustracją niech będą ceny kilku obrazów kupionych za granicą, przywiezionych i sprzedanych na aukcjach w Polsce w 1997 r. Z reguły takie informacje są okryte tajemnicą, nasze domy aukcyjne nie podają w katalogach, że dane dzieło zostało kupione w Nowym Jorku, Londynie lub Wiedniu i za jaką cenę. Stąd nieliczne są przecieki informacji. A oto przykład: obraz Józefa Brandta "Kozak u przewozu" został na jesieni 1996 r. sprzedany na aukcji u Neumeistra w Monachium za 17. 000 DM czyli około 32 000 złotych. Na aukcji w Agrze 9 marca 1997 r. wystawiony za 50 000 zł uzyskał cenę 57 000 zł. "Ogrody w Schönbrunn" Zygmunta Ajdukiewicza, obraz sprzedany w Wiedniu za 40 000 szylingów austriackich (ok. 11 200 zł) na aukcji w Unicum 26 stycznia 1997 r. uzyskał cenę 24 000 zł. Alfreda Wierusza-Kowalskiego "Napad wilków" sprzedano na jesieni 1996 r. w Kolonii w domu aukcyjnym Lempertza za 18 000 DM czyli ok. 34 000 zł. Wystawiony na aukcji Rempexu 16 lutego 1997 r. za 90 000 zł spadł, ale został sprzedany przed aukcją marcową, gdzie miał być prezentowany z ceną wywoławczą 75 000 zł. Ostatni przykład przez analogię. W lutym 1997 r. u Sotheby's w Londynie sprzedany został za 1955 funtów (czyli ok. 11 000 zł) pastel Władysława Bakałowicza o wymiarach 73 x 33 cm, przedstawiający rozebraną dziewczynę czeszącą włosy. Prawie identycznych rozmiarów pastel tegoż autora, przedstawiający na wpół nagą dziewczynę przed lustrem, Agra sprzedała w październiku za 18 000 złotych. Jak łatwo obliczyć zysk na sprzedaży obrazów sprowadzanych z zagranicy przekracza 50, a czasem nawet 100% wyłożonych pieniędzy. Nic więc dziwnego, że na naszych aukcjach co i raz pojawiają się dzieła, które można zaliczyć do chef d'oeuvrów polskiego malarstwa przełomu XIX i XX w.
Takimi w ubiegłym roku były - Piotra Michałowskiego "Upadek z konia" i "Kirasjer na siwym koniu", Józefa Chełmońskiego "Świt - Królestwo ptaków", Brandta "Jarmark w Bałcie", "Pospolite ruszenie u brodu", "Pochód", Wierusza Kowalskiego "Nocna jazda", "Wyjazd na polowanie", Jacka Malczewskiego "Widzenie", portrety Olgi Boznańskiej, Maurycego Gottlieba, Henryka Rodakowskiego i wiele innych obrazów starszych i nowszych.

Jak podał Art Sales Index w sezonie 1996 r. pojawiło się na aukcjach w Europie około 700 poloniców. Sądzę, że liczba znajdujących się na światowym rynku obrazów autorów z Polski jest znacznie większa. Jest więc w czym wybierać i przez długie lata zagranica będzie źródłem wzbogacania polskich zbiorów. Pamiętać bowiem trzeba, że prócz dzieł sprzedanych na obczyźnie przez samych autorów znalazło się tam, w wyniku ostatniej wojny światowej, wiele obiektów zagrabionych przez okupantów lub wywiezionych przez Polaków z kraju. Zbyt szeroki jest wachlarz nazwisk artystów, których prace pojawiają się na aukcjach poza Polską, by wymienić nawet najważniejszych. Podam dla przykładu, że w Tel Awiwie można znaleźć obrazy Artura Szyka, Szymona Buchbindera, Wacława Koniuszko, w Berlinie u Leona Spika, a płótna Wojciecha Weissa, Antoniego Brodowskiego i Ociepkę w wiedeńskim Dorotheum. Czesława Wasilewskiego, Kossaków, Axentowicza, Siemiradzkiego, Wygrzywalskiego, Wierusza-Kowalskiego wystawiono w Monachium, Brandta u Christie's w Nowym Jorku, a u Sotheby's w Londynie - Stanisława Chlebowskiego, Zdzisława Ruszkowskiego, Kossaków, Bakałowicza i wielu innych malarzy. Cieszy również fakt, że pojawiają się obrazy, które wobec utrudnień nie mogły niegdyś przyjechać z Wilna czy Lwowa. W ubiegłym roku prezentował je dom aukcyjny Unicum, tak jak twórców pracujących przez wiele lat we Francji sprzedaje z powodzeniem Polswiss Art.

Zyskowność handlu sztuką dawną i nieco nowszą sprawiła, że w 1997 r. do grona znanych stołecznych domów aukcyjnych dołączyły dwa nowe. W listopadzie, w hotelu Bristol rozpoczął działalność dom aukcyjny "Ostoya", mający jako zaplecze "Galerię na Freta", a w Krakowie Polski Dom Aukcyjny "Sztuka", powołany do życia przez grono tamtejszych antykwariuszy. Nie są to więc przedsięwzięcia pochopne, bowiem tak w Warszawie, jak i pod Wawelem dealerzy mają za sobą kilkuletnie doświadczenia, co rokuje, że obie placówki nie będą efemerydami. W swych pierwszych wystąpieniach obie firmy dostroiły się do aktualnych mód na określonych malarzy, a jedynym wyróżnikiem był bardzo ładny, wręcz wytworny katalog "Sztuki".

W niniejszym omówieniu roku aukcyjnego 1997 mowa jest przede wszystkim o malarstwie, które najbardziej pasjonuje kolekcjonerów, osiąga najwyższe notowania i w którym wzrost cen jest najbardziej zauważalny. Skalę cen na podstawie ubiegłorocznych a nawet wcześniejszych wyników można ustalić następująco: za chef d'oeuvry polskiego malarstwa płaci się ponad 200 000 zł, bardzo dobre obrazy kosztują ponad 100 000 zł, dobre od 25 000 zł. Zmniejsza się różnicowanie cen za obrazy olejne i bardzo dobre akwarele, np. - prace Piotra Michałowskiego osiągają porównywalne wartości. Najłatwiej w minionym roku sprzedawało się obrazy w przedziale 12 - 60 tysięcy złotych. Dużo większa liczba obrazów sprzedana została po cenach wywoławczych, co by świadczyło, że są bardzo wygórowane. Zawyżone ceny wywoławcze wyraźnie zniechęcały kolekcjonerów do aktywnej licytacji, która z reguły ożywiała się przy pozycjach tańszych.
Na aukcjach, prócz Rempexu, w niewielkiej liczbie pojawiały się inne kategorie dzieł sztuki. Nieco więcej było rzeźby kameralnej z brązu, przeważnie autorów obcych, która powoli zaczyna być kupowana przez kolekcjonerów. Było kilka zabytkowych sreber - puchar z Gdańska, kufel z Elbląga, hostierka z Żar, para porcelanowych waz dekoracyjnych w stylu rokoka, wykonanych w wytwórni Potschappel pod koniec XIX w. i sprzedanych za 70 000 zł oraz dwa zegary kaflowe z XVII w. Były to bardzo przyzwoite obiekty aukcyjne i zabytkowe, ale nie arcydzieła. Pod tym względem rynek nasz jest ubogi i nie ma co mierzyć się z malarstwem, bowiem, tak na aukcjach jak i w antykwariatach, przeważają w handlu wyroby fabryczne, seryjne, powstałe w przeważającej liczbie już w naszym stuleciu.
Miniony rok był bardzo dobry dla dealerów z domów aukcyjnych, jak i dla klientów, którzy mieli w czym wybierać. Nadchodzący sezon może przynieść niespodziankę w postaci mniejszych obrotów. Pewnym przejawem "przegrzania" rynku, czyli nadmiernie wysokich cen, jest już wspomniany znaczny procent sprzedaży obrazów tylko po cenach wywoławczych. Zapowiedziane podwyżki w różnych dziedzinach życia plus wyśrubowane ceny mogą spowodować zmniejszony popyt na dzieła sztuki. Ale czy i na ile to się sprawdzi - będziemy mogli się przekonać dopiero za rok.

Wersja do druku