Zamknij

Korzystamy z plików cookies i umożliwiamy zamieszczanie ich osobom trzecim. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies

Przejdź do głownej zawartości

Koniec wieku, koniec kolekcjonerstwa?

Polskie kolekcjonerstwo dokumentują nazwiska, które przeszły do historii tej wspaniałej pasji, utrwalającej dorobek kultury polskiej. Obok wielkich postaci działało i działa wielu tych, dla których pasja zbieractwa stała się powołaniem.

W Polsce kolekcjonerstwo było zajęciem twórczym. Parę lat temu Japończycy wydali kilkanaście monumentalnych tomów, dokumentujących najświetniejsze światowe zbiory japoników. Wyjątkowo dwa z nich poświęcono kolekcji stworzonej przez Feliksa Mangghę Jasieńskiego. Kiedy w 1901 r. Jasieński zaprezentował swój zbiór w "Zachęcie", publiczność i krytyka wrogo przyjęły wystawę. Kolekcjoner w odwecie wywiesił transparent z napisem: "Nie dla bydła".
Jasieński, tworząc swój zbiór, wyprzedzał epokę w skali nadwiślańskiego zaścianka i w europejskiej skali. Nie poddał się powszechnym gustom swoich czasów. Dzięki wielkiej odwadze tworzenia kształtował przyszłość i nadal ją kształtuje. Powstały liczne dzieła polskiej sztuki inspirowane kolekcją Mangghi. Goście muzeów patrząc na zgromadzone przez Jasieńskiego japonika, doznają nowych wrażeń. Dzieła te wciąż wyzwalają u widzów niepowtarzalne emocje, uczucia, prowadzą do refleksji. Jasieński wierzył, że obcowanie z wielką sztuką odmienia ludzi.

Podobne przykłady można mnożyć. Henryk Grohman na początku stulecia odwiedzał pracownie artystów, którzy wówczas nie byli jeszcze uznawani za geniuszy sztuki, np. Maneta, Muncha, Lautreca i kupował od nich grafiki. Grohman dzięki swej ponadprzeciętnej wrażliwości przeczuł wielkość tych artystów. Podniósł też do rangi dzieła grafikę, dziedzinę artystycznego wyrazu, której nad Wisłą przed nim nie cenił prawie nikt. Swą kolekcję ofiarował narodowi.

Aktorka paryskich teatrów, Gabriela Zapolska z pasją gromadziła dzieła nowoczesnej sztuki. Miała w kolekcji obrazy np. Gauguina, Pisarra, Van Gogha (tak!, tak!). okazywała swą kolekcję w Krakowie i Lwowie. Specjalnie po to, by "przewietrzyć" gusta rodaków. Kolekcjonerstwo było dla niej misją. Walczyła, aby świat był inny, lepszy, radośniejszy.

Król Zygmunt August, zamawiając w warsztatach brukselskich arrasy flamandzkie, stworzył nową wartość. Ale również nową wartością jest kolekcja opakowań po herbacie, które podziwiamy w Muzeum Narodowym w Krośniewicach. Jerzy Dunin Borkowski z pozoru bezwartościowym opakowaniom nadał nowy sens, podniósł je do rangi zabytków, które należy ochraniać i poznawać, ponieważ są ważnym śladem dawnych obyczajów, ludzkich ambicji, marzeń i złudzeń. O ileż uboższe byłoby polskie życie, gdyby nie arrasy. O ileż uboższe byłoby życie mieszkańców Krośniewic, gdyby miejscowy aptekarz Jerzy Dunin Borkowski nie stworzył gigantycznej kolekcji, gdzie na równych prawach funkcjonowały opakowania po herbacie i autografy, np. Stefana Batorego. Podobnie Feliks i Tadeusz Przypkowscy swą kolekcjonerską pasją odmienili życie Jędrzejowa, miastu i jego mieszkańcom nadali nową tożsamość.

Tak kolekcjonerzy to twórcy. Trzeba mieć wyjątkową duszę, żeby wpaść na tak genialnie prosty pomysł jak Jan Styczyński. Otóż wręczał on wybitnym malarzom ceramiczne misy i prosił, żeby uwiecznili na nich ulubione przez siebie motywy. Dla artystów było to wyzwanie, kusiła ich powierzchnia w kształcie koła. W dodatku wklęsła, na której światło układa się zupełnie inaczej, niż na płótnie. W ciągu 20 lat z inspiracji Styczyńskiego powstało ponad 70 ceramicznych obrazów. Namalowali je m.in. Tadeusz Kantor, Alfred Lenica, Tadeusz Rzozowski, Jerzy Nowosielski, Jonasz Stern, Kazmierz Mikulski, Alfons Karny, Henryk Stażewski. Kolekcja powstała prawie darmo - to też polski fenomen!

Bardzo często u nas kolekcjonerska pasja przeradzała się w pasję naukową. Długo można wyliczać odkrycia kolekcjonerów, którzy lepiej niż historycy sztuki określali autorstwo dzieł lub ich proweniencje. Paweł Banaś nie napisałby tylu cennych książek o secesji, gdyby wcześniej nie był kolekcjonerem. Monumentalne dzieło Romana Aftanazego "Dzieje rezydencji na Kresach" powstało niewątpliwie dzięki kolekcjonerskiej pasji autora, który ze znawstwem zbiera nie tylko archiwalia. Stanisław Jordanowski nie napisałby "Vademecum malarstwa polskiego w USA", gdyby najpierw nie był kolekcjonerem. itp., itd.
Kolekcjoner to typ człowieka oświeconego. Dosłownie i w przenośni taką postacią jest prof. Jerzy Hołubiec, kolekcjoner dawnych lamp. Dzięki swym zamiłowaniom przyjęty został do międzynarodowego, wielce elitarnego środowiska leonardystów, czyli najlepszych znawców dorobku Leonarda da Vinci. Najwięksi naukowcy przez wieki nie odkryli tego, co Hołubiec ustalił dzięki swej wyjątkowej, bo kolekcjonerskiej motywacji poznawczej. Odkrył mianowicie dotąd nieznaną lampę, stworzoną przez Leonarda da Vinci.

Specyfiką polskiego kolekcjonerstwa w mijającym stuleciu było to, że kolekcjonerzy wokół swych zbiorów potrafili wykreować inny świat. Przykładem, choćby stworzona przez krakowskich bibliofilów Kapituła Orderu Białego Kruka. Podobnym iście polskim fajerwerkiem fantazji była kapituła Orderu Pomiana, powołana do życia przez Tadeusza Przypkowskiego, ściśle związana z bogatym działem gastronomicznym w jego kolekcji.

Niestety, typowy polski kolekcjoner częściej narażał życie, niż się bawił. Henryk Bednarki po II wojnie światowej przywiózł ze Lwowa wagon kolejowy pełen skarbów. Przywiózł na przykład sygnowaną szafą Charlesa Boullea, jeden z dwóch zachowanych autografów Reja, inkunabuły, których zazdrościła mu Biblioteka Narodowa, wydania choćby Wietora, porcelanę z Korca i Baranówki, obrazy Grottgera, Kotsisa, Livensa... W latach 1939-1945 Henryk z lwowskich ulic zdzierał afisze, rozlepiane przez kolejnych okupantów, informujące o represjach wobec Polaków. Zebrał prawie komplet tych wstrząsających dokumentów, stanowiły one ważny dział jego bogatej kolekcji. W 1940 r. z gigantycznego składu makulatury kupował "po rubli od sztuki" cymelia wyrzucane z bibliotek polskich. Kiedy po wojnie wiózł nad Wisłę wagon swych skarbów, na skrzyniach z porcelaną ponalepiał powszechnie przyjęte znaki, nakazujące nadzwyczajną ostrożność w transporcie - I wiesz - zwierzał mi się Henryk - na postojach krasnoarmiejcy specjalnie wywlekali tak oznaczone skrzynie i wyrzucali z wagonu. Ale pozwalali je powrotem zabrać..."

Dumą przedwojennego Lwowa była kolekcja kobierców wschodnich, stworzona przez rodzinę Kulczyckich. Opowiadał mi pani Anna z Piotrowiczów Kulczycka, że po wojnie kolekcja została przewieziona do Polski nielegalnie. Dziś zdobi Wawel i Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem. pani Kulczycka musiała walczyć kilkadziesiąt lat, żeby PRL zechciała przejąć kolekcję i udostępnić ją narodowi.

O przekazanie państwu rodzinnej kolekcji długo i ofiarnie walczył również Tadeusz Przypkowski. Nie stać go było nawet na ogrzanie rodzinnej kamienicy. Mróz zagrażał zabytkowym zbiorom. Polscy kolekcjonerzy często (prawie zawsze?) wmuszali swoje bezcenne zbiory państwowym muzeom. Niektórzy skapitulowali, a ich zbiory uległy rozproszeniu, to też niestety polska prawidłowość.

Tak było jeszcze wczoraj. Dziś, w epoce kolekcjonerów Bagsika i Gąsiorowskiego, dawną kolekcjonerską fantazję, bezinteresowną zabawę, odkrycia, ofiarność, spory i pojedynki zastąpił pieniądz.

Wersja do druku